Wiosenna melancholia.

Pogoda niby nie sprzyja. Za dużo jem, za długo śpię, za mocno wierzę w pocieszające maile od znajomych (które nie nadchodzą). Jaki sens życia? Czy potrafię wyjść poza moje ograniczenia (o nich trochę później)? Być dla siebie przyjaciółką, gdy obiektywnie wszystko gra, a wewnątrz czuję pustkę?
Kiedyś dla ważnej osoby napisałam bajkę "dla dorosłych" o tym, że miłość może uleczyć traumy, otworzyć i zbliżyć do innych. Jednak nie uchroniło nas to od zerwania znajomości - a D. zapytał: "dlaczego piszesz o miłości, skoro czujesz nienawiść?" Wtedy mocno się oburzyłam, a teraz, po 20-tu latach widzę w tym zdarzeniu "ukryty sens". Czemu ma służyć zamydlanie i zaciemnianie własnych emocji? Mam wrażenie, że ja, jak i wielu ludzi, jestem w tym mistrzem. Nie do końca chodzi o zakładanie na zewnątrz maski szczęśliwej i spełnionej kobiety, choć to też się zdarza. Bardziej skupiłabym się na odcinaniu emocji od źródła: "Skoro czuję smutek - może się najem". Brak mi umiejętności zadawania pytań: "No dobrze, to co jest nie w porządku i co chcesz zmienić?" Ha! A może odpowiedź byłaby zbyt niewygodna?
Obserwuję, że często wymiguję się od podjęcia wysiłku do zmiany: "jestem za stara, brak mi chłonności umysłu nastolatki, nie chcę znów wypalić się słomianym ogniem". Czasem trudno zauważa się te małe kroki - być może założenie bloga jest jednym z nich?

Jakkolwiek przytłaczająco, zimno i deszczowo jest w pogodzie (i we mnie), wierzę, iż polepszenie nastroju to kwestia dojrzenia do niego.
Wybaczcie lekko banalne wnioski. Jak jest u Was?

Komentarze